Kiedy Małgosia studiowała dietetykę, nauka związana z odżywianiem opierała się na piramidzie żywieniowej. Jej podstawą były zboża i pełnoziarniste makarony, wyżej znajdowały się warzywa, owoce i naturalne tłuszcze, następnie mleko i nabiał, mięso, ryby, jaja, a na samym czubku tej góry – słodycze. Konsumowanie tych wszystkich produktów miało gwarantować zdrowie. Dbający o swoją kondycję człowiek mógł nie wiedzieć, że tabelę opracowano w XX wieku, po I wojnie światowej, kiedy najważniejsze było, aby odbudować organizmy nadwerężone głodem. Mimo to trzeba było czekać sto lat, aż Światowa Organizacja Zdrowia uznała, że w zdrowej diecie trzeba ograniczyć tłuszcze, cukry i sól, a zwiększyć spożycie błonnika pokarmowego. Wydała nowe wytyczne – teraz bazą piramidy jest aktywność fizyczna, kolejną podstawą – warzywa i owoce, uznane za najważniejszą grupę produktów spożywczych, dopiero potem produkty zbożowe, nabiał i mięsa, a u szczytu – źródła zdrowych tłuszczy. Potwierdziło się to, co dietetycy tacy jak Małgosia wiedzieli już dawno: podstawą naszego zdrowia nie jest zgodna z wytycznymi ilość przyjmowanych składników z poszczególnych kategorii. Decydują o nim pokarmy bogate w substancje odżywcze, jak witaminy, mikroelementy, antyoksydanty, bioflawonoidy, enzymy i setki innych. Bez nich komórki ludzkiego ciała nie działają prawidłowo. To one zapewniają nam żywotność.

Mimo zmiany piramidy żywieniowej fetyszem pozostają wciąż kalorie. Twórcy kolejnych diet-cud wmawiają nam, że ich odpowiednia ilość warunkuje zdrowe żywienie. Dbający o linię sprawdzają na opakowaniach produktów, czasem obsesyjnie, zawartość białek, węglowodanów i tłuszczy. Dbają o to, żeby kalorii nie było za dużo, ale też by ich nie zabrakło.

Mało kto zwraca uwagę na to, że w dzisiejszych, sytych czasach, gdy od ostatniej wojny w Europie mija 80 lat, sklepy wypełnione są po brzegi, ludzie spędzają większość dnia za biurkiem albo kierownicą samochodu, nikt nie potrzebuje ich aż tylu. Tym bardziej, że sporą część codziennej diety stanowią pokarmy wysoko przetworzone – pasteryzowane, termizowane, poddawane promieniowaniu czy konserwowane chemicznie.

Jeszcze sto lat temu, gdy ustalano współczesne zasady żywienia, podstawą była żywność sezonowa, lokalna i naturalna. To rozwiązanie zagadki, dlaczego współczesny człowiek, choć obsesyjnie liczy kalorie i stara się jeść w zgodzie z zaleceniami, często choruje, jest ciągle zmęczony, narzeka na kiepską kondycję i brak energii. Znacznie ważniejszy od kalorii jest ANDI. Tak nazywamy go w skrócie, bo chodzi o wskaźnik gęstości odżywczej (Aggregate Nutrient Density Index), który pozwala nam sprawdzić, czy korzystniejsza będzie dla nas porcja brokuła czy kalafiora. ANDI porządkuje produkty nie w oparciu o wartość kaloryczną, ale tego, ile składników odżywczych dostarczają nam w przeliczeniu na taką samą liczbę kalorii. Ten przydatny indeks zawdzięczamy lekarzowi, dr Joelowi Fuhrmanowi, specjaliście od medycyny żywienia. Tabela dr Fuhrmana, gdyby istniała, oparta o indeks GO ANDI, wyglądałaby inaczej niż ta, do której przyzwyczailiśmy się przez sto lat: na górze znajdowałyby się głównie warzywa, zaś na dole produkty bezwartościowe odżywczo, zawierające tzw. puste kalorie. Przykład? Fast food czy inne wysoko przetworzone posiłki. Sięgając po nie, mimo odpowiedniej dawki kalorii, nie karmimy właściwie naszego organizmu, skazując go na choroby, złe samopoczucie, zmęczenie. Te natomiast, które mają najwyższy ANDI, odżywiają, uzupełniają niedobory, pomagają utrzymać formę i linię. Prawdziwymi gwiazdami w tej kategorii są warzywa zielone – jarmuż, szpinak, kapusty.

W kuchni Proszę Zdrowie nie znajdziecie tabelek ani piramid, tylko zdrowe posiłki oparte na naturalnych składnikach, bogate w substancje odżywcze. W swojej praktyce Małgosia łączy nadal różne metody żywieniowe i traktuje każdego indywidualnie – wiedząc, że mamy różne organizmy i różne potrzeby, nie mówiąc o tym, że w momencie, gdy chcemy zmienić odżywianie na zdrowsze, każdy z nas znajduje się na innym etapie życia. Ma też podejście holistyczne, bo od dawna jest świadoma, że zdrowie nie sprowadza się tylko do jedzenia – dwoma jego pozostałymi filarami jest również umysł i ruch (Światowa Organizacja Zdrowia już nie zaprzeczy!)